Obejrzeliśmy 'Lesbijską Księżniczkę z Kosmosu'

15 lutego, tuż po walentynkach, wybraliśmy się ekipą na seans filmu Lesbijska Księżniczka z Kosmosu – i śmiało możemy powiedzieć, że to był bardzo dobry wybór na ten czas.

Film okazał się prawdziwym comfort movie – ciepłą, zabawną i momentami wzruszającą opowieścią o poznawaniu siebie, budowaniu własnej tożsamości i uniezależnianiu swojego poczucia wartości od opinii innych. I to właśnie sprawia, że jego przekaz jest tak uniwersalny.

Bardzo podobało nam się to, że queerowość w tym świecie jest czymś naturalnym – po prostu jednym z elementów rzeczywistości, a nie osią całej fabuły. Główna bohaterka mierzy się z dość „przyziemnymi” problemami: niepewnością, oczekiwaniami innych, próbą odnalezienia własnej drogi. To nie są wyłącznie rozterki związane z byciem queer – to po prostu zwykłe problemy zwykłych ludzi (tak, nawet kosmicznych księżniczek :wink:). Dzięki temu łatwo się z nią utożsamić – jak z każdą dobrze napisaną fikcyjną bohaterką.

Bardzo nas też ucieszyła casualowa reprezentacja osób niebinarnych – obecnych w tle i wśród bohaterów bez wielkich deklaracji, bez „robienia z tego wydarzenia”. Po prostu są. Tak jak w prawdziwym świecie. Taka normalizacja ma ogromne znaczenie, bo pokazuje różnorodność ludzką jako coś oczywistego i naturalnego.

Fajnie było obejrzeć film, który o byciu queer mówi jak o pogodzie – bez nadęcia, bez tłumaczenia się, bez robienia z tego „tematu specjalnego”. A jednocześnie daje przestrzeń na historię, w której problemy głównej bohaterki są tak bardzo nasze.

A jak u Was? Czy to też Wasz nowy comfort movie? I czy macie już za sobą seans z przyjaciółmi?


Lesbijska Księżniczka z Kosmosu